niedziela, 12 lipca 2009

Berlin Calling.



Film wszedł już do polskich kin. Miałem okazję zobaczyć go jeszcze w maju na jednym z przedpremierowych pokazów. Gdy czyta się o tym filmie w prasie czy w sieci, natrafia się na bardzo wiele entuzjastycznych opinii, stawiających "Berlin Calling" niemal w jednym rzędzie z "Trainspotting" czy "Human Traffic". Zaś wszystkie osoby z którymi ja rozmawiałem po seansie, odczuwały mieszane uczucia.

Pomysł jest obiecujący. Filmów o djach jest mało, a na dodatek rzecz dzieje się w Berlinie, a to przecież mocny argument, wszyscy przecież kochamy stolicę "bundu", nie?

Czy film mnie rozczarował? Nie, chyba nie. Szedłem na seans licząc na rozrywkę. Jakby nie patrzeć dostałem ją. Bezpośredni, acz nie prostacki i naiwny humor, ciekawy montaż, szczególnie scen klubowych, duża dawka dobrej muzyki (o tym jeszcze potem).

Umówmy się. To nie jest film o scenie klubowej i nocnym życiu Berlina. To ważny element filmu, ale trudno o tym opowiedzieć wyczerpująco w półtorej godziny, tym bardziej w ramach linearnej fabuły. Pojawienie się Saschy Funkego czy Housemeistera, w takich miejscach jak Maria czy Bar 25, to przecież tylko ułamek tego co tam się dzieje.

To nie jest też film o narkotykach. To znaczy jest, ale znów po części, wypowiadając się na temat z perspektywy głównie jednej osoby. Trudno w oparciu o losy jednego człowieka, diagnozować społeczne zjawisko i przedstawić jego skończony obraz, o ile to w ogóle możliwe.

To w takim razie o czym jest ten film? To historia jakich wiele, jakie znamy już z wielu filmów, schematyczna, przewidywalna, by nie powiedzieć naiwna. Główny bohater przechodzi przemianę, ktorej finał jest szczęścliwy. To historia o wierze w siebie i swoją pasję. Ile razy to już widzieliśmy, słyszeliśmy. To w takim razie o co chodzi?

Zaletą tego filmu jest bodaj jego "uwiarygodnienie". Konkretne miejsca, konkretne osoby. No i Paul Kalkbrenner, grający jakby samego siebie. Trzeba to w tym miejscu przyznać, bardzo dobrze zagrana rola. Jest przekonujący. Tym bardziej, że niemal cała ścieżka dźwiękowa została skomponowana przez niego specjalnie na potrezby filmu. To chyba największa zaleta filmu. Zostanie nam po nim, naprawdę świetna ścieżka dźwiękowa, która będzie chyba najlepszą rekomendację tego co w Berlinie się dzieje i czym warto się zainteresować.

Na zachętę, dwa starsze numery, specjalnie wyedytowane na potrzeby filmu - hipnotyczny i niepokojący "Gebrunn Gebrunn" Paula Kalkbrennera i nostalgiczny i przejmujący "Mango" Saschy Funkego.


Paul Kalkbrenner - Gebrunn Gebrunn (Special Berlin Calling Edit)

Sascha Funke - Mango (Special Berlin Calling Edit)



Pzdr.
Stadtkind

1 komentarz:

electric pisze...

zgadzam sie. nie cierpie filmow, ktore sie dobrze koncza.
ale jak na poczatku leci "altes kamuffel" to mam ciary na plecach. muzyka elegano, kalkbrenner boski (szlam glownie przez niego, bo kiedys bylam na jego gigu i nie moglam sie napatrze... yyy nasluchac ;)), fabula taka se