poniedziałek, 2 lutego 2009

Fidget Home.


Tytuł posta nieco przewrotny, jest to i aluzja i parafraza. A co takiego mam na myśli, postaram się poniżej jasno wyłożyć.

Przedwczoraj graliśmy wraz z Stereoheroes i Hungry Hungry Models w Obiekcie Znalezionym.
Relacja pojawi się tu wkrótce, jak tylko dotrą do mnie materiały dokumentujące to wydarzenie.
W skrócie powiem tak: było bardzo, bardzo gorąco, jedna z najnajlepszych imprez na jakich byliśmy i graliśmy. Co do gości z Francji, to zagrali z wielkim impetem, podtrzymując we mnie wiarę w fidget.

A propos fidget house'u, bo o niego też się tu rozchodzi.
Jakiś czas temu na Wortalu Muzyki Klubowej ftb.pl pojawił się artykuł zatytułowany:
"Switch i Crookers czyli... Fidget House", w którym czytamy:

"
Niezwykła energia i potężny parkietowy potencjał fidget house’u sprawiają, że styl ten dotarł również do Polski. Podbija powoli nasze parkiety, póki co głównie w stolicy za sprawą takich kolektywów jak Hungry Hungry Models czy Slam Dunk. Gatunek ten staje się coraz bardziej popularny również w Poznaniu, m. in. dzięki kolektywowi Kukabara. "

Nie mam zamiaru krytykować samego artykułu i weryfikować zawartych w nim informacji. Bardzo nam miło, że ktoś nas zauważył, tym bardziej że pojawiamy się w tym kontekście jako pozytywni bohatrzy.
Miałem wcześniej napisać o tym fragmencie na blogu, ale zwyczajnie zapomniałem. Temat powrócił teraz, właściwie przypomniała mi o nim Sylwia z Hungry Hungry Models, gdy w niedzielę wczesnym porankiem, gdy dogorywaliśmy po wspomnianej imprezie w naszym ukochanym Bistro, zapytała nas, gdzie jest nasz drugi dom, czy jest nim właśnie Warszawa.
Po chwili zastanowienia, po której doszliśmy do wniosku, że to jednak nie Poznań (w którym też często bywamy), może "jeszcze nie", odpowiedzieliśmy, że tak. Wątek stanął w tym miejscu. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. Mnie jednak to pytanie w pewien sposób skonsternowało.
Znani jesteśmy z tego, że zagorzali z nas patrioci lokalni, zapowiedzieni byliśmy na sobotnią imprezę jako "germańascy najeźdzcy", ktoś kiedyś ząs mówił o nas w Warszawie per "narodowi socjaliści z Wroclawia". Zawsze dogryzamy naszym znajomym z Warszawy mówiąc o Mazowszu per "Azja" i odgrażamy się za każdym razem, że weźmiemy ze sobą kilofy by odebrać nasze cegły przy rozbiórce Zamku Królewskiego. Nigdy jednak tego nie robimy, zamiast tego zawsze dobrze się bawimy, zostawiamy po sobie mniej lub bardziej przyjemne (lub nie) wspomnienia i mamy kłopoty z powrotem do domu.

Słowo "dom" zabrzmiało dla mnie dośc nieswojo. Dalczego miałbym mówić tak o miejscu, którego hisotria jest mi obca, zwyczaje nie do końca jasne, mitologia zagadkowa, a topografia wciąż tylko trochę znana? Kiedyś stwierdziłem, że Warszawa jest dla mnie jak wielki wór, do którego, gdy włożysz rekę, nigdy nie wiesz co wyciągniesz. W Warszawie za każdym razem zadarzają nam się jakieś przygody, trafiamy w nowe miejsca i poznajemy nowych ludzi. Poza tym jesteśmy daleko poza domem, wolni od trosk i obowiązków. To tu mamy chyba najwięcej znajomych i przyjaciół i tu bywamy lub gramy na największej ilości fajnych imprez. Syndrom stolicy? Na pewno. Magia miejsca? Po części. I temu nie da się zaprzeczyć, ani przeciw działać. Zresztą po co? Ja to przyjmuję za dobrą monetę.

Z Wrocławia mamy kiepskie połączenia. Pociąg pośpieszny przez Lódź albo Opole/Częstochowę jedzie około 6 godzin i więcej, zaś Intercity przez Poznań lub Katowice w okolicach 5 godzin.
Duża część naszych wyjazdów to czas spędzony w pociągu. Potem zaś krzątanina z bagażami i nocleg w gościach. W tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim, którzy nam pomagali, w czasie naszych przyjazdów do Warszawy. To dla nas naprawdę ważne.

Podróże kształcą, ale też i męczą. Chcielibyśmy trochę częściej grać u siebie, tak by po imprezie i ewentualnym afterparty trafić do własnego łóżka i nie sprawiać nikomu specjalnych trosk.
Nie oznacza to jednak, że chcemy ograniczyć wyjazdy, wszystko bowiem wskazuje na to, że w przypadku bookingów następuje tendencja wzrostowa. Cieszy nas też to, że mamy przed sobą dwa terminy we Wrocławiu. O samych imprezach tu jeszcze napiszemy, już teraz jednak na nie zapraszamy. 14 marca z zaprzyjaźnionymi Hungry Hungry Models w Drodze do Mekki, zaś 24 kwietnia z Buszkersem i Mental Cut'em w Kamforze.

Przyjeżdżajcie do nas! Pokażemy wam Halę Stulecia, zjemy knyszę na Dworcu Głównym, pójdziemy do Zoo, usiądziemy nad Odrą, napijemy się piwa w Piwnicy Świdnickiej i przejedziemy zabytkowym tramwajem. Hm?

A wracając do Warszawy, to rozpoczęła niedawno nową kampanię reklamową. Pojawiły się u nas billboardy z tekstem: "70% Wrocławian jest dumnych ze stolicy".
Czy jestem w tym gronie? Nie wiem do końca z czego miałbym być dumny, trudno jest mi skojarzyć to uczucie z moim podejściem do Warszawy. Nie cierpię jednak na "kompleks stolicy", nie folguję stereotypom i kliszom. Naprawdę lubię to miasto, o którym Konwicki w "Małej Apokalipsie" pisał: „Moje miasto przypomina sławny Irkuck. Kiedyś było kalekim miastem europejskim, dziś jest zdrowym kiszłakiem azjatyckim.”

Lubię je pewnie właśnie za to, że ma w sobie trochę wielkomiejskości, trochę wschodniego ducha, pełne jest ciekawej i dobrej architektury jak i wykrotów i połaci. Kusi wielką gamą możliwości i łatwego zarobku, zniechęca bałaganem i pośpiechem. Ale jest jedyne w sobie i pewnie o to tu chodzi.


Pozdrawiam,
Stadtkind vel Mateusz

4 komentarze:

mentalcut / mtlct / m-cut pisze...

na maxa dobre z was chłopaki. nie chce mi sie czekac 3 miesiace az wreszcie zagramy w basket. jakbyscie byli wczesniej w pozen to koniecznie sie ustawiamy, moze zalatwie sale.

a co do artykułu - dobija mnie czasami niekompetencja autorów, znów o mnie nie napisali!:D

mMMmmmmm pisze...

to ja poprosze mnie zapoznac z tymi 70%

slam pisze...

Akurat znamy tą resztę:D

hungry hungry models pisze...

wzruszyłam się.

Sylwia (w Warszawie od zawsze i na zawsze)